Witajcie
Dziś rozpoczynam swoją pierwszą w życiu przygodę z odchudzaniem. Zawsze w weekend obiecuję sobie, ze od poniedziałku się odchudzam. I w poniedziałek, po przyjściu na uczelnię moje plany biorą w łeb. Dzień zaczynam kawą i batonikiem. Mam do nich słabość. Zjem wszystkie, byle były słodkie i czekoladowe. Potem cały dzień głodówka, bo nie mam czasu, ochoty, miejsca, gdzie mogę smacznie zjeść i wieczorem atak na lodówkę. Pochłaniam wszystko: parówki, serki. Potem penetruję szufladę, w której rodzice trzymają słodkości. I oto dieta bierze w łeb
Od dziś, a jest piętek, postanawiam z tym skończyć. Na początek ZERO słodyczy. Nie zamierzam katować się głodówką i dietą kapuścianą. Ale przede wszystkim rezygnuję z tego, co z pewnością nie pomaga mi schudnąć.
Efektem miłości do słodkości jest dodatkowe 15kg, które chcę zrzucić przed nadejściem lata. Nie dla byłego, nie dla przyjaciółki czy rodziców, ale dla siebie. Chcę wreszcie spojrzeć w lustro i powiedzieć: podobam się sobie! Chcę zadbać o siebie i swoje ciało. Zrobić wszystko co w mojej mocy, aby być z siebie dumną.
Święta za pasem, będzie wiele pokus, ale wiem, ze dam radę!!!!
hej, mam ten sam problem, nie potrafię zrezygnowac z jedzenia slodyczy, a swieta juz tuz tuz... trzymajmy sie razem, a na pewno sie uda!
Jestem z wami dziewczny! Zapraszam na swojego bloga i licze na wsparcie :*
Kasia, musimy trzymać się razem! :) w kupie siła. Anulka dasz radę! ;)